Jak się bierze odpowiedzialność, to się nie myśli o słabościach

Ziemowit Barański, jachtowy kapitan żeglugi wielkiej, wielokrotnie dokonał przejścia Atlantyku w obu kierunkach, żeglował na wodach Wschodniego Pacyfiku, na Oceanie Atlantyckim we wszystkich rejonach oraz na Morzu Karaibskim, Czarnym i Śródziemnym, odwiedzając 193 porty w różnych krajach. Dwukrotnie okrążył Przylądek Horn. Wielokrotnie był kapitanem STS Fryderyk Chopin podczas Szkoły pod Żaglami. Prowadzi nad jeziorem Piaseczno Stację Dydaktyczną i Żeglarską Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie. Żegluje już 61 lat. Był kapitanem żaglowca Fryderyk Chopin, podczas przerwanego rejsu Szkoły pod Żaglami, w październiku ub. r.

Panie kapitanie, można powiedzieć, że ma Pan dwie linie życia – praca zawodowa i hobby pływanie? Z pracy Pan żył, a pływanie to tylko pasja?

No, nie do końca. Żegluję od dawna. Zacząłem w 1950 r. To już kilkadziesiąt lat. Kapitanem jestem od 1961 r. Ale zawodowo zacząłem pływać dopiero od 1988 r. Wcześniej pracowałem w szkole jako nauczyciel. Pływałem w okresach letnich czy podczas bezpłatnych urlopów. Byłem nauczycielem i przez jakiś czas wicedyrektorem szkoły. Uczyłem zawodowych przedmiotów związanych z chemią, ale mówiąc najogólniej z gazownictwem. Studia skończyłem na UMCS.

Dlaczego zaczął Pan pływać?

Nie wiem. Może miała na to trochę wpływ literatura Londona i innych autorów. Ale właściwie to dzieło przypadku. Bo kiedy zaczynałem żeglować to byłem w szkole średniej w Kielcach, a więc nie w miejscu, gdzie były dobre warunki do żeglugi. Zaczynałem pływać na Mazurach. Na morzu pływałem na „Gen. Zaruskim”. To duży żaglowiec, istnieje do dzisiaj, choć trochę podupadł. Wiem, że ma powstać fundacja, która ma go uruchomić. Może jeszcze w tym roku wyjdzie w morze. Ale ciekawostką jest, że w latach 50. przechrzcili go na „Młodą gwardię”.

Pan w szkole pod żaglami pływa od dawna?

W 1990 r. kapitan Krzysztof Baranowski założył Fundację „Międzynarodowa Szkoła pod Żaglami”. I wkrótce potem rozpoczęła się budowa Fryderyka Chopina. Znaleźli się sponsorzy, została wzięta pożyczka. Ja byłem kapitanem, który budował ten statek. Wcześniej brałem udział w rejsie Międzynarodowej Szkoły pod Żaglami” na żaglowcu „Pogoria”. Brało w nim udział 10 Polaków, 10 Amerykanów, 10 Rosjan z ówczesnego ZSSR. Był to rejs dookoła Ameryki Południowej. To była moja pierwsza poważniejsza podróż z uczniami tej szkoły.

Budowa „Chopina” rozpoczęła się w 1990 r., a zakończyła w 1992 r. Statek wyszedł w swój pierwszy rejs 4 marca tego roku. Potem kolejne rejsy odbywały się sukcesywnie, corocznie. Takich semestrów prowadziłem 12 lub 13. Koleje statku były burzliwe, ponieważ Fundacja nie była w stanie spłacić kredytu. Statek przejął bank, potem zmienił się armator. W zasadzie działalność z młodzieżą była kontynuowana. Armatorzy się zmieniali, a ja tam trwałem. Do 2003 r. byłem kapitanem stale, a po 2003 r. już sporadycznie. W ubiegłym roku zacząłem rejs, który się nieszczęśliwie skończył. Nieszczęśliwie dla młodzieży, bo rejs trwał tylko miesiąc. No i dotarli nie na Karaiby, ale tylko do Anglii.

Cechuje Pana opanowanie, co mogliśmy zauważyć w czasie relacji telewizyjnych.

Kiedy kamery nas pokazywały, to od wypadku minęły już trzy dni, więc mowy nie było o histerii. Zresztą młodzi ludzie byli dobrze przygotowani, bo szkoliliśmy ich najpierw tydzień w Gdyni przed wyjściem w rejs. Potem płynęli przez miesiąc i ostatni odcinek ze Stawangen w Norwegii do Plymouth w Anglii – była ciężka pogoda na Morzu Północnym. Oni wiedzieli, jak wygląda wzburzone morze. A niebezpieczeństwo oczywiście było wtedy, kiedy złamały się maszty i jakiś czas potem, ponieważ górna część grotmasztu była złamana. Huśtała się na górze, więc było niebezpieczeństwo, że może spaść, ale to zostało opanowane w ciągu 2–3 godzin. I potem w zasadzie nic się nie działo specjalnego. Nie było powodów do jakiś wielkich nerwów.

Ile osób pływa w szkole pod żaglami?

Są pewne zasady. Na statku musi być minimalna załoga kadrowa z odpowiednimi uprawnieniami. Kapitan, trzech oficerów, bosman, mechanik, kucharz. Ale ze względu na to, by nie przeładowywać statku, by było więcej miejsca dla uczniów, zawsze staramy się, żeby rekrutować nauczycieli takich, którzy mają odpowiednie uprawnienia żeglarskie. Często bywa tak, że pierwszy czy drugi oficer uczy jakiegoś przedmiotu. Na „Chopinie” jest 50 miejsc. Zwykle kadry jest 12 do 14 osób i ok. 35 uczestników.

Z kim się łatwiej pracuje – z dorosłymi czy młodzieżą?

Z młodzieżą pracuje się na ogół nieźle. No oczywiście czasami wpadają im do głowy szaleństwa, więc trzeba mieć na to oko. Z kadrą zazwyczaj wszystko układa się dobrze, ponieważ zwykle są to ludzie, którzy mają jakieś doświadczenie. Pierwszy z brzegu nie rwie się na statek. Zawsze wszystko szło mi nie najgorzej i nie mogę powiedzieć, żebym miał kiedykolwiek jakieś poważne problemy.

A czy zdarzył się kiedyś Panu bunt na pokładzie? Musiał Pan kiedyś wysadzić kogoś po drodze w najbliższym porcie?

Bunt nigdy mi się nie zdarzył. W całej mojej karierze szkoły pod żaglami chyba były 2 lub 3 przypadki, kiedy odesłaliśmy ucznia do domu. Raz musiał wrócić z powodu jakiś spraw domowo-szkolnych. Dwa przypadki były dyscyplinarne. Ale to oczywiście był margines podczas tych kilkunastu semestrów, które prowadziłem.

Na czym Pan pływał? Czy zawsze jako kapitan?

Pływałem na „Pogorii”, „Chopinie”, na niemieckim żaglowcu „Mary Ann” i na wielu mniejszych jednostkach. Jako kapitan to chyba najwięcej na „Chopinie”. Budowałem go i w jakimś sensie jest to moje dziecko. Najwięcej zrobiłem na nim rejsów i najwięcej na nim zobaczyłem.

Czy kapitan musi znać cały statek od a do z? Czy statek ma jednak jakieś tajemnice dla kapitana?

Urządzenia pokładowe, czyli wszystkie nawigacyjne, ożaglowanie, olinowanie itd., kapitan musi bardzo dobrze znać, bo z tym na co dzień pracuje. Jeśli chodzi o mechanizmy, silniki, agregaty, to wiadomo, że nierealne jest posiadanie 100-procentowej wiedzy. Od tego na statku jest mechanik, co najmniej jeden, czy elektryk, którzy zajmują się tą stroną. Ale dobrze jest, żeby kapitan wiedział, jak naprawdę wszystko działa, bo wtedy nikt mu nie będzie opowiadał bajek na ten temat.

Jak pracuje się z tymi samymi ludźmi przez długi czas, kiedy trudno znaleźć cichy kąt tylko dla siebie?

Oczywiście, to że ludzie muszą ze sobą przebywać przez długi czas na stosunkowo małej powierzchni jest jakimś problemem i zdarzają się rozmaite historie. Jednak jeżeli ludzie mają doświadczenie i charakter taki, że potrafią współżyć z innymi, to nie ma za wielu konfliktów.

W mojej karierze nic poważnego się nie wydarzyło. Chociaż słyszałem bardzo różne historie. Nawet byłem kiedyś świadkiem takiego zdarzenia, ale to nie dotyczyło dużego żaglowca, tylko małego jachtu.

Jak się rozładowuje stres w takiej grupie?

Każdy musi sobie radzić sam. Na pewno atmosfera na statku zależy od kapitana i oficerów, bo kapitan jest od całości. Oficerowie prowadzą wachty. Mają bezpośrednią styczność z ludźmi. Jeszcze jedną ważną osobą jest bosman. To jest człowiek, który prowadzi prace pokładowe. Jeżeli podstawowa kadra potrafi sobie poradzić, to wszystko idzie dobrze. Potem w portach takie napięcie i stres się rozładowuje, kiedy wszyscy poczują trochę ziemi.

Przez 60 lat Pana pływania zmieniały się urządzenia nawigacyjne. Jak to wpłynęło na bezpieczeństwo?

Według mnie i dobrze, i źle. W okresach moich początków żeglugi wyposażenie nawigacyjne było dosyć prymitywne i wymagające sporo wiedzy. Przy rozmieszczaniu i ustalaniu pozycji za pomocą sekstantów pomiarów wysokości słońca czy gwiazd liczyła się wiedza i wprawa. Obecnie są GPS-y, które podają pozycję co ułamek sekundy. Kiedyś nie było radarów, co przy żegludze we mgle oczywiście stanowiło problem. Teraz są nawet na najmniejszych jachtach i w zasadzie to powinno spowodować poprawę bezpieczeństwa, i z pewnością tak jest. Ale z kolei technizacja spowodowała, że często ludzie zapominają o tzw. dobrej praktyce morskiej. Czasami własne oczy są lepsze niż ustalanie pozycji w ułamku sekundy. To powoduje pewną nonszalancję, która czasem niestety się mści. W związku z tym wymagania egzaminacyjne zmniejszyły się, myślę tu o żeglarstwie przede wszystkim, nie o zawodowej żegludze. Po prostu łatwiej jest to wszystko opanować. A to oczywiście potem odbija się na bezpieczeństwie. Łatwiej i wygodniej jest sterować, z drugiej strony trochę to zmniejszyło czujność ludzi.

Czy kiedyś popsuł się sprzęt nawigacyjny i musiał Pan posiłkować się wiedzą i umiejętnościami?

W moich początkach żeglarstwa wyłącznie tym się posługiwało. Zresztą GPS tak na dobre wszedł dopiero w późniejszych latach 80, a więc nie tak znowu dawno. A przedtem trzeba było z sekstantem w ręku żeglować po oceanie. Połowa mojego żeglarskiego życia odbywała się po staremu. Druga połowa z większymi udogodnieniami. Ale zdarzały się różne historie, bo np. w którymś momencie zatrzymał się żyrokompas. Można było używać tylko kompasu magnetycznego. Sprawdzać jego poprawki, a więc gdybym teraz tej wiedzy nie miał, to miałbym kłopoty.

Jakie cechy charakteru kształtuje żeglarstwo? Czy pan musiał walczyć z jakimiś słabościami?

Kształtuje poczucie odpowiedzialności, umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach i w trudnych warunkach. Odporność na stres wynika z samej żeglugi. Jeżeli wiatr dmie w żagle, to trzeba pracować. Nie da się tego nie robić. A za tym idzie umiejętność pracy w zespole, koleżeńskość itd. W trudnych warunkach trudno myśleć wyłącznie o sobie. Dotyczy to każdego żeglarstwa – od małego jeziorka do wielkiego oceanu. Z pewnością te cechy charakteru się wyrabiają, a u młodych ludzi w szczególności. Walka ze słabościami? Jeżeli ktoś się decyduje brać na siebie taką odpowiedzialność, to nie myśli o słabościach. Myśli o tym, by wszystko było tak jak potrzeba.

Czy teraz jest mniej bezpiecznie niż 20–30 lat temu?

W tej chwili to tylko Somalia i okolice Indonezji zrobiły się mało bezpieczne. Na świecie poza tymi miejscami nie ma takiego piractwa na otwartym morzu. Natomiast w portach i na redach to bywa różnie, można być obrabowanym zarówno w Polsce, jak i wszędzie indziej. Niebezpieczna jest też Afryka Zachodnia, Ekwador, Kolumbia.

Spotkał Pan na morzu piratów?

Bezpośrednio nie, dzięki Bogu. Ale oczywiście bywałem w takich portach i okolicznościach, że można się było spodziewać różnych sytuacji. Kiedyś wchodziliśmy do Callao w Peru. Dostałem instrukcję z kapitanatu portu taką: stanąć w wyznaczonym miejscu; odprawa będzie dopiero rano; trzymać wachtę, obserwować, nie dopuszczać nikogo do statku; gdyby coś się działo to natychmiast powiadomić drogą radiową, ale gdyby jakaś jednostka wyraźnie kierowała się do statku – najlepiej od razu strzelać. A na drugi dzień postawili nas na kotwicę obok marynarki wojennej, żeby było bezpiecznie.

Rejsy, które szczególnie utkwiły w pamięci?

Ogólnie rzecz biorąc, trudno powiedzieć, że coś było szczególnie trudne lub nie. Takie najciekawsze dwa rejsy miałem to dwukrotnie opływałem Amerykę Południową. Raz na „Pogorii”, a raz na „Chopinie”. Były to długie i ciekawe rejsy, trwające po 8–9 miesięcy.

Przylądek Horn?

To jest miejsce, gdzie jest zła pogoda, ale to nie jest jedyne takie miejsce na świecie, bo Północny Atlantyk jest równie paskudny jak Przylądek Horn. Tyle tylko, że w tym miejscu wokół całej kuli ziemskiej jest woda i w związku z tym sztormy, które tam idą z zachodu na wschód gonią dookoła Ziemi. W związku z tym falowanie jest b. duże. Tam normalnie jest fala 5–7 metrów, a w sztormie może być 10 i 15 metrów. To go wyróżnia. Podobne miejsca są na Przylądku Dobrej Nadziei czy w rejonach Tasmanii, Nowej Zelandii. Kolejną sprawą jest ukształtowanie brzegu. W Ameryce Południowej jest takie, że aby po okrążeniu Przylądka popłynąć na północ, trzeba popłynąć na zachód, więc przeciw wiatrowi. W pobliżu jest Antarktyda, jak dmuchnie z południa to jest zimno. Ale to jest trochę los szczęścia. W sprzyjających okolicznościach to okrążenie może trwać 2–3 dni i znajdujemy się w spokojnych warunkach. Ale jak się trafi pechowo – jak to było na „Pogorii” – płynęliśmy dwa tygodnie w ciężkim sztormie, właściwie przebijając się ze wschodu na zachód. Wszystkie wody, które są albo daleko na południe, albo daleko na północy mają niebezpieczne miejsca w strefie, gdzie są obszary niskiego ciśnienia. Na Atlantyku od Stanów Zjednoczonych do Norwegii, cały ten kawałek, szczególnie w okresie jesiennym czy zimowym to paskudne morze. To samo jest na Południowym Oceanie. Natomiast strefy równikowe czy w pobliżu zwrotnika, gdzie są stałe wiatry, stanowią taki żeglarski raj.

Po jakich wodach lubi Pan pływać?

Wody to trudno powiedzieć. Łatwiej powiedzieć, w jakich krajach, jakie krajobrazy się widzi, jaka jest przyroda. Według mnie najpiękniejsze okolice to te, gdzie są góry i morze. A więc w Europie to Norwegia albo w Południowej Ameryce – południowe wybrzeże Chile. To są najpiękniejsze miejsca. Natomiast tropik jest taki przesłodzony, ładnie wygląda na zdjęciach.

A gdzie Pan jeszcze nie był?

Nigdy nie byłem na Dalekim Wschodzie, Japonia i okolice. Rejs, który zaczynałby się w Europie musiałby trwać rok.

Tęskni Pan podczas rejsu?

Na ogół tak, bo myśli się o domu, ale często nie ma zbyt wiele czasu na rozmyślania, bo wbrew pozorom pływanie nie jest monotonne, pogoda się zmienia, warunki się zmieniają. Cały czas coś trzeba robić. To codzienna rutyna w szkole pod żaglami. Toczą się zajęcia. Nie ma za wiele czasu. Codziennie o 8.00 jest podniesienie bandery. Apel poranny, potem idą zajęcia. Będąc kapitanem, uczyłem, dlatego cały czas mam wypełniony. Poza tym trzeba zobaczyć, co się w takielunku dzieje. Z bosmanem porozmawiać – co trzeba zrobić, co się zepsuło, co naprawić. I dzień za dniem tak biegnie.

Zajęcia są normalnie takie jak w szkole od 8.30 lub 9.00 do 13.00–14.00. Po południu roboty bosmańskie, czyli prace przy konserwacji statku. Trochę czasu wolnego, a poza tym wachty, bo uczniowie normalnie prowadzą statek. Tylko w okresie lekcji robi to kadra, a przez cały okres pozostały, czyli dzień i noc, uczniowie.

Co Panu dało żeglarstwo?

Myślę, że jest to sposób na życie. Jeżeli mi to odpowiadało, to można powiedzieć, że zadowolenie.

Czy Pan kapitan wie, co to jest nuda?

Myślę, że jeśli znalazłbym się w sytuacji, że nie miałbym co robić, to pewnie bym się nudził.

Jak wygląda życie wilka morskiego?

Jeżeli się pływa, to się siedzi na statku. A obecnie jestem tu nad Piasecznem i moje życie wygląda pracowicie. Trzeba zreperować i zakonserwować sprzęt. W okresie letnim prowadzę Stację Dydaktyczno-Żeglarską Uniwersytetu Przyrodniczego, z którą blisko współpracuje sekcja żeglarska AZS, i w związku z tym odbywają się tu regaty i szkolenia. Czyli całe wakacje spędzam nad Piasecznem z młodzieżą. A drugie pół roku? Czasami gdzieś pływam, a czasem nie.

Plany?

Tutaj będę do jesieni. A dalej to plany mam niesprecyzowane. Czy będą chcieli, abym ponownie poprowadził „Fryderyka Chopina”?

Dziękujemy za rozmowę.

Monika Jaskowiak

Współpraca Anna Siek

Fot. Konrad Imieliński

Kpt. Ziemowit Barański podczas integracyjnego dnia dziecka w SP nr 31

Tekst ukazał się w „Aktualnościach UP” nr 3(59)2011

 

About the author

More posts by