Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że pogranicze jest niezwykle bogate w dobytek kulturowy. Artyści, dziennikarze często zwracają swoje oczy na ziemię ludzi po prawej stronie Wisły, zapominając o bogactwie Wschodu. Rozmawiamy z Adamem Wiesławem Kulikiem, dziennikarzem, dokumentalistą, literatem, który jako jeden z pierwszych, zainteresował się niedocenianym pograniczem.
Jak zaczęła się Pana przygoda z filmem dokumentalnym?
Adam Wiesław Kulik: Moja przygoda z filmem zaczęła się od pracy nad dokumentem o twórczością amatorów fotografów, którzy udokumentowali życie zamojskiej wsi w latach 1940–1960. Na tych zdjęciach było pokazane wszystko: moda, rozwój form ubioru, architektura, której już teraz nie ma. Po tym filmie zadzwonił do mnie dr Krzysztof Jurecki z Muzeum Sztuki Współczesnej w Łodzi i polecił mi Józefa Szymańczyka. Fotograf ten uwieczniał na zdjęciach okolice Kosowa Poleskiego przed wojną.
Czy produkując filmy dokumentalne miał Pan swojego mentora, wzór czy raczej był Pan samoukiem?
– Miałem już pewne doświadczenie. Gdy zaczynałem pracę nad filmami dokumentalnymi, miałem już napisane dwie książki, kilkanaście wierszy. Wiedziałem, co to jest „forma”. Gdy piszę się powieść, forma powinna być przedstawiona w sposób interesujący dla czytelnika. To nie może być zlepione przypadkowo. W związku z tym moim problemem było przestawienie się z formy pisanej na telewizyjną. Dla mnie ta forma telewizyjna była łatwiejsza, ponieważ w filmie wielu rzeczy można nie wiedzieć i pokazać je obrazkiem. Telewizja punktuje, nie ma czasu na dygresję. Telewizja idzie na skróty, więc każdy, kto ma opanowane słowo i jeszcze dodatkowo potrafi myśleć obrazkiem, ma łatwiejszą pracę.
Dlaczego Pana książka „Leśmian, Leśmian. Wspomnienia o Bolesławie Leśmianie” ukazała się po wielu latach? Czy to fascynacja poezją Leśmiana skłoniła Pana do zbioru wspomnień o tym poecie?
– Do książki o Leśmianie zacząłem zbierać materiały w latach siedemdziesiątych. Książka ukazała się w 2008 roku, dopiero dziewiąte wydawnictwo, do którego zwróciłem się, zdecydowało się ją wydać. Nie ma już wielu ludzi pamiętających Leśmiana, to był więc ostatni dzwonek. Leśmian to był genialny poeta, niedoceniany. Gdybym jej nie napisał, wspomnienia o poecie przepadłyby. Wydaje mi się, ze problemem było to, iż wydawnictwa uważały, iż za mało w niej notatek własnoręcznie pisanych przez osoby, które pamiętały Leśmiana. Zapisywałem wszystko na kasety, później przepisywałem. To są strzępy, ale minęło trzydzieści lat i okazało się, że te strzępy są i tak ważne. Poza tym wydawało mi się, że po Leśmianie przetrwało dwie, może trzy fotografie, ale odnalazłem dużo więcej, niepublikowanych nigdzie.
Swoją twórczością, dokumentami zwrócił Pan uwagę na niedoceniane dotąd bogate w dobytek kulturowy pogranicze. Dlaczego wybrał Pan ziemie wschodnie?
– Jako jeden z pierwszych w Lublinie zacząłem to pogranicze drążyć. Przedtem nic się nie działo. Pochodzę z pogranicza, z ziemi zamojskiej. Oczy na pogranicze otworzyły mi się dopiero po trzydziestce, gdy wspólnie z kolegami artystami pojechaliśmy rowerami szlakiem cerkwi. Okazało się, że są cerkwie w pobliskich wioskach, gdzie kultura rosyjska była dosyć rozwinięta, gdzie w każdej wiosce było kilka rodzin żydowskich, w Zamościu byli Ormianie. Chciałem więc nadrobić te zaległości i zacząłem robić reportaże, które były ukazane w tygodniku „Relacje”.
W jaki sposób doszło do zebrania materiałów i stworzenia albumu „Miasta polskie. Najpiękniejsze zespoły zabytkowe”? Można powiedzieć, że odkrył Pan kilka miejsc na mapie Polski, ponieważ wśród najpiękniejszych polskich miast znalazł się Hrubieszów…
– Arkady, które wydały tę książkę, nie chciały historyka sztuki, lecz kogoś, kto napisałby bardziej przystępnym językiem. Zrobiłem książkę o zabytkach, przy okazji wykonałem około czterdziestu zdjęć. Nikt do tej pory nie zauważał dorobku zabytkowego Hrubieszowa oraz Szczebrzeszyna. Ja się uparłem, że te miasteczka muszą być ukazane w albumie. W końcu po pewnym czasie Arkady zaakceptowały mój pomysł. Na pograniczu jest przepiękna architektura drewniana, której nie ma nigdzie indziej.
Założył Pan Klub Literacki Młodych w Zamościu. Czym zajmowała się ta organizacja? Czy przetrwała do dzisiaj?
– Uprzednio zastanawiałem się nad założeniem amatorskiego teatru w Zamościu. Zamiast tego założyłem klub literacki. Ogłosiłem konkurs na cykl wierszy. Zaczęły napływać zgłoszenia i ci ludzie, którzy zgłosili się do konkursu, stali się pierwszymi członkami klubu. To trwało od 1975 do 1983 roku. Wydaliśmy trzy almanachy. Później klub przekształcił się w Klub Literacki Młodych, później w grupę „Zamoście”. Wszyscy, którzy w tamtym okresie pisali na Zamojszczyźnie, otarli się o klub. To zostało, klub funkcjonuje do dzisiaj.
Współpracował Pan z kapelą „Drewutnia”. Czy Pana zdaniem obecnie obserwuje się wzrost zainteresowania muzyką ludową, czy raczej to zanika?
– Zrobiłem dwa materiały o zespole „Drewutnia”. Uważam, że muzyka folkowa podoba się i zainteresowanie nią nie będzie malało. To bardzo dobra muzyka, akurat w „Drewutni” kładzie się nacisk na autentyzm – prawdziwe odtworzenie muzyki ludowej.
Czym jest dla Pana dziennikarstwo?
– W dziennikarstwie nie ma nigdy nic pewnego. To jest jak zabawa na huśtawce. Mnóstwo rzeczy robi się z własnej inicjatywy, własnej woli, bez pieniędzy. Dziennikarze pokroju Tomasza Lisa zarabiają koszmarne pieniądze, ale ich jest kilku w Polsce, reszta bieduje. Dziennikarz powinien być ciekawy świata, dużo czytać, oglądać, rozmawiać z ludźmi. Trzeba być uczciwym wobec siebie, umieć odłowić ciekawe tematy i nie być na każde zawołanie szefa. Ja robię to, co lubię, kręcę cztery, pięć filmów rocznie. Staram się nie mieć poczucia straconego czasu.
Co skłoniło Pana do obrania zawodu dziennikarza? Pieniądze, sława, ekscytacja mediami?
– Może złudzenia. Kiedyś też mi się wydawało, że będę sławny i bogaty. To są mity. Literatura to hobby i tak należy ją rozpatrywać… chyba, że się pisze kryminały albo tanie romanse. Takie książki kupują ludzie, wsiadając do pociągu, i wyrzucają je do kosza, wysiadając z pociągu. Ludzi, którzy czytają jest niewielu.
Dziękuje za rozmowę.
Rozmawiał Michał Mazik
Źródło: magazyn studencki „Radar”.





0 Comments
You can be the first one to leave a comment.