Wywiad z Hirkiem Wroną

Meloman, zbieracz płyt, DJ, dziennikarz, organizator koncertów, prezenter, właściciel firmy fonograficznej, prawnik po lubelskim UMCS-ie, a przede wszystkim zwykły człowiek, pasjonat muzyki, z którym można porozmawiać nie tylko o niej. Z gościem tegorocznego „Pressmaniaka”, Hirkiem Wroną spotkaliśmy się po długim, lecz bardzo wciągającym wykładzie.

Jaki powinien być dziennikarz muzyczny żeby był wiarygodny?

– Dziennikarstwo muzyczne sprowadza się do tego, by wyszukiwać rzeczy, które są nowe, dlatego, że wszystko to powstaje w małych klubach. Wie pan, kto to był Alan Freed? Był to DJ radiowy w latach 50., który chodził po „nowych” klubach i słuchał, jak grają rock‘n‘rolla. Zaczął zachęcać tych wykonawców do nagrywania singielków, a potem sam puszczał je w radiu. Miał ksywę „Mr. Rock‘n‘Roll”, gdyż był pierwszym albo jednym z pierwszych DJ-ów w Ameryce, istnym symbolem, gdyż to on zaczął grać taką muzykę w Stanach. W małych londyńskich klubach grał Velvet Underground, Blues Corporated – zespół, przez który przewinęli się między innymi: Chris Rea, Jimi Page z Led Zeppelin; wcześniej The Yardbirds, gdzie grał Eric Clapton, śpiewał Mick Jagger, a na perkusji grał Charlie Watts, a więc ludzie, którzy dali początek wielu późniejszym zespołom rockowym dzięki temu, że ktoś ich w tym klubie zobaczył. Tak było zawsze, jest i dziś. Są DJ-e i producenci, którzy grają w różnych miejscach. To, co Madonna zaprezentowała na poprzedniej płycie, oni w Londynie pokazali pięć lat wcześniej. To nic nowego i odkrywczego dla tych, którzy tam bywają i znają te brzmienia. Natomiast dla szerokiej publiczności – owszem. Zawsze tak funkcjonował świat. To samo było z wielkim bumem, z początkiem muzyki związanej z Nowym Orleanem. Był region, zwany Storyville, gdzie znajdowały się kluby i burdele. Radny miasta wytyczył dystrykt, w którym zlokalizowano takie miejsca, a w nich toczyło się życie rozrywkowe. Historia dopisała do tego piękny finał, gdyż kiedy huragan Katrina zniszczył tamy izolujące Nowy Orlean od morza, zalane zostało całe miasto z wyjątkiem… klubów i burdeli. Czyli kwintesencja życia ocalała (śmiech). Trzeba chodzić po klubach, szperać, szukać, być ciekawym, to jest między innymi rola dziennikarza muzycznego – docieranie do różnych rzeczy i pokazywanie ich szerszemu gronu. Oczywiście można się pomylić pięćdziesiąt razy, ale być może któregoś dnia odkryjemy Beatlesów. Mówienie o oczywistościach jest bardzo proste. O U2 napisano i powiedziano już bardzo wiele. Teraz jednak na muzykę niewiele osób zwraca uwagę, a niesłusznie, bo ostatnia płyta jest niezwykle ciekawa, świetnie wyprodukowana i osobiście uważam, że jest najlepsza w dyskografii. Mało mówi się teraz o muzyce, a raczej o rzeczach pokrewnych. Reasumując, rola dziennikarza muzycznego to rola kreatora. On musi być twórcą, wyszukiwać nowe rzeczy.

A jednak ci, którzy piszą recenzje, odnajdują wpływy innych na daną produkcję.

– Wpływy można odnaleźć, ale zwróćmy uwagę, że na przykład jednym z najwspanialszych, najcudowniejszych wykonań „Summertime”, genialnej kompozycji, jest wersja Janis Joplin. Ona zaśpiewała cudzą piosenkę, dokładając taki aparat wykonawczy, jakiego nie miał nikt wcześniej. To właśnie jest nowatorskie – nowy rodzaj ekspresji, który wpłynął na innych wykonawców. Często trudno jest oceniać inspiracje muzyka czy jego ważność w chwili, kiedy tworzy. To zaczyna się wtedy, gdy zaczynają kopiować go inni. Kiedyś Wojtek Konikiewicz, świetny polski muzyk jazzowy, podesłał mi ranking najbardziej wpływowych gitarzystów wszech czasów. Na pierwszym miejscu znalazł się Steve Crooper – gitarzysta Blues Brothers. Grał on w zespołach tzw. towarzyszących artystom z pewnej wytwórni. Wymyślił kilka patentów, między innymi fuzy gitarowe, przede wszystkim jednak coś, co nazywa się kaczką funkową, a na której właściwie powstał cały późniejszy styl muzyczny, czyli funk i house. Na drugim miejscu był Jimi Hendrix, od którego zaczęło się potem wszystko… Trudno jest oceniać ważność artysty w czasie, kiedy tworzy. Jednak jeśli ktoś ma dobrą intuicję, to czuje, czy jest to coś wartościowego. Czy miał rację, czy nie – okazuje się zazwyczaj po paru latach. Zawsze jednak trzeba kreować coś nowego, nawet jeśli jest to muzyka pop.

Co Pan myśli o nowej płycie Chrisa Cornella? Istnieje bardzo wiele sprzecznych recenzji, niektórzy uważają, że się sprzedał, zdradził swoje rockowe korzenie związane z Soundgarden i Audioslave, tworząc z Timbalandem….

– Jeśli ktoś chce produkować z Timbalandem, to czemu nie. Jeśli jest okazja, żeby wprowadzić jakieś nowe jakości do swojej twórczości, to bardzo proszę. Jednak nie słyszałem tej płyty, więc nie będę się wypowiadał.

Jaka jest granica między niezależnością artysty a komercją, w którą może popaść?

– Nie można tu w żadnym wypadku postawić znaku równości, dlatego, że ktoś jest komercyjny wtedy, gdy dobrze się sprzedaje i jest popularny. To jedna płaszczyzna. Natomiast niezależny jest wtedy, jeśli jego twórczość ma taki charakter i nikt nie ma na nią wpływu poza nim samym. To są dwie różne rzeczy. Uważam, że w Polsce często ludzie stawiają znak równości między nimi. Prince jest najbardziej niezależnym artystą świata, tylko on decyduje, gdzie i w jakich warunkach mają być wydawane i sprzedawane jego płyty.

Czy myśli Pan, że w dzisiejszym świecie mediów ciężko o współpracę między dziennikarzami?

– Ależ oczywiście, że ona istnieje. Mówiłem już o tym i zawsze będę mówił, że dziennikarze muszą myśleć. Fajnie jest pokazać kolejną płytę Kayah i trzeba to robić, bo to wielka artystka. Jednak jest to zbyt proste. Znacznie trudniej znaleźć dobrą płytę fajnego zespołu. Nie mówię, że każdy ma biegać i wyszukiwać na siłę niezależnych artystów. To przyjdzie samo w pewnym momencie, trzeba tylko mieć rękę na pulsie.

Współpraca między dziennikarzami jest bardzo potrzebna i ona istnieje. Ja z kolegami też współpracuję. To nasze prywatne sprawy, ale powiem, że mam dwóch takich przyjaciół, którym daję do czytania swoje teksty, a oni dają mnie, żeby sprawdzić, czy pisownia jest ok, czy nie ma błędów merytorycznych, bo to się czasami zdarza. Ja wtedy nanoszę swoje uwagi typu „to jest zbyt śmiałe stwierdzenie”, „zwróć uwagę na to”. To sprawia, że współpracujemy ze sobą przez cały czas. Przykładowo, książka, którą napisaliśmy wspólnie z Radkiem Miszczakiem i Andrzejem Całą, to właśnie tego efekt. Oni też są dziennikarzami. Najpierw rozmawialiśmy, kłóciliśmy się o pewne rzeczy, aż w końcu padło hasło napisania książki i tak też się stało.

Co zrobić w wypadku, gdy rolę dziennikarza muzycznego przejmują takie osoby jak Wujek Samo Zło? Ludzie, którzy są bardziej prezenterami i mają status opiniotwórczych wśród słuchających hip-hopu, a jednocześnie nie mają do tego żadnych predyspozycji.

– Przede wszystkim musimy zrozumieć, że nikt nikomu nie może zabronić niczego. Żyjemy w wolnym, demokratycznym kraju i każdy tak naprawdę może robić, co chce. Kwestią jest to, że zawsze musimy wszystko przepuścić przez pewne sito, oddzielić plewy od zboża i zostawić sobie to drugie. Jeżeli ktoś dał Wujkowi Samo Zło możliwość wypowiadania się i w dodatku się tym przejmuje, to znaczy, że wszystko jest w porządku. Jeśli byłby on kompletnie ignorowany, to jego kariera by się skończyła. Ja nie chcę tego w ogóle oceniać, bo jest to sprawa jego i ludzi, którzy go słuchają. Osobiście wiem, kogo w Polsce chcę czytać i oglądać, a kogo nie chcę.

Pan to wie, ale nie wiedzą tego niewyrobieni odbiorcy.

– Oczywiście, ale do tego trzeba dążyć metodą małych kroczków. Jeśli ktoś pisze recenzje płyt, pani jako odbiorca czyta je i stwierdza – ma rację w swoich opiniach czy nie. Może się pani nie zgadzać z jego poglądami, ale ważne, czy recenzja jest rzetelna. Jeżeli jest, to czyta pani kolejne. Jeśli w końcu jest medium, które je publikuje, wówczas stają się wiarygodne. Odbiorcy sięgają więc po następne krytyki i tak zaczyna się budowanie łańcucha pokarmowego. W pewnym momencie tworzy się lista ludzi, którzy wiarygodnie wypowiadają się na temat muzyki. Tu jednak najważniejszy jest czas, niczego nie można przyspieszyć. Wiem, że jesteście młodzi i chcielibyście wszystko już, natychmiast. Jednak należy pamiętać, że łatwo jest zburzyć wszystko, ale zbudować coś – to już większy problem.

Jak Pan myśli, w jakim kierunku pójdzie teraz muzyka? Myślałam, że po rocku progresywnym nic mnie już nie zaskoczy, gdy tymczasem pojawiły się sound systemy. Co jeszcze może po nich nastąpić?

– Sądzę, że to wszystko pójdzie w kierunku bardzo połamanych form i będzie to jakby rewolucja postindustrialnej muzyki, która będzie połączeniem elektroniki i punk rocka. Wydaje mi się, że taki zespół już jest i zszedł nieco na pozycję melodyjną, ale ich energia i jej wpływ na młodych to będzie właśnie ta rewolucja.

Jak młody zespół może się wypromować, jeśli nie ma znajomości?

– To jest rozmowa na tydzień (śmiech).

Co Pan sądzi o takiej sytuacji, że niektóre polskie zespoły, typu Behemoth czy Vader, odnoszą większe sukcesy poza granicami kraju, u nas zaśnie są doceniane albo wręcz zakazane?

– Mnie ta sytuacja wcale nie dziwi. To jest prawo show-biznesu. Są artyści doceniani i bardzo znani. Bardzo mnie boli ta sytuacja, że np. taki zespół jak Vader jest wielką gwiazdą w Japonii, nie u nas. Z drugiej jednak strony proszę mi wskazać stację radiową, która gra taką hardcore’ową muzykę.

Podobnie było z koncertem Behemotha, który w ostatniej chwili odwołano…

– Widocznie jakaś tego przyczyna musiała być. Może racjonalna, może nie, może w czymś się nie zgadzali organizatorzy z zespołem. Trzeba znać dokładne powody, nie można od razu, „na dzień dobry”, oceniać, czy coś było dobre czy złe. Na pewno Behemoth jest bardzo dobrym zespołem i zasługuje na to, by mieć swoje należne miejsce w polskiej muzyce, ale trudno mi się wypowiadać na ten temat, gdyż nie znam historii.

Chodziło o podejrzenia o satanizm i palenie Biblii.

– (śmiech) Trzeba postawić jasno, czarno na białym, że satanizm to tak naprawdę bajka, która nie istnieje. Do wszystkiego trzeba mieć dystans i zdrowe podejście. Zawsze mówię swoim dzieciakom, że Internet to dobro, ale też zło, pełne niebezpieczeństw, które może zrobić wodę z mózgu. Trzeba się uodpornić na to, co wymyślają ludzie, jak np. wspomniany satanizm. Wystarczy poczytać o tym „zjawisku”, ale jest to bardziej rola rodziców, nie organizatorów koncertu. Czasami po prostu występ się nie sprzeda i organizator puszcza bajkę, by się usprawiedliwić. Słyszałem i widziałem już takie historie, że nic chyba nie jest w stanie mnie zdziwić (śmiech).

Co według Pana ma teraz największą siłę przebicia – radio, telewizja czy Internet?

– Zdecydowanie Internet, gdyż jest to połączenie tych wszystkich mediów w całość i jednocześnie największa przyszłość.

Dziękujemy bardzo za rozmowę!

– Dzięki, pozdrawiam!

Rozmawiały: Rudzielec, Róża

Źródło: magazyn studencki „Radar”.

Tags:

 

About the author

More posts by

 

0 Comments

You can be the first one to leave a comment.

Leave a Comment