Wywiad z Łukaszem Czeszumskim

Podróżnik, reporter, dziennikarz, ale przede wszystkim pasjonat przygód oraz aktywny obserwator życia. Absolwent fotografii artystycznej i studiów dziennikarskich, ukończył kursy na De Anza college w Kalifornii, USA. W 1999 napisał swój debiutancki reportaż o życiu najemników w Legii Cudzoziemskiej „Synowie Legionu”. Późniejsza seria reportaży o wojnie kokainowej w Boliwii i Kolumbii potwierdziły jego kunszt reporterski, natomiast autorowi pozwoliły odnaleźć własną ścieżkę, którą podąża do dziś.

Napisał Pan kilka książek, jednak żadna nie została wydana. Dlaczego? Czy czytelnicy mogą się spodziewać w przyszłości wersji drukowanej którejś z nich?

– Chyba trochę to zaniedbałem, zajęty podróżami i samą twórczością. Na razie starałem się o wydanie tylko mojej pierwszej książki – zbioru reportaży o wojnie narkotykowej „Biały szlak”. Były nim zainteresowane dwa duże wydawnictwa: Znak i WAB. Ostatecznie jednak nie umieściły jej w planach wydawniczych. Ja to rozumiem, w końcu książki to biznes, a wydawanie i promowanie debiutantów to spore ryzyko finansowe dla firmy. Nie załamuję się jednak i zamierzam przy najbliższej wizycie w kraju zabrać się za tę sprawę i ją „ruszyć”.

Dużo czasu spędza Pan w Ameryce Południowej. Skąd fascynacja tym kontynentem? Czym różni się on od Europy? Czy w ogóle można porównywać?

– Bo to najbardziej przygodowy kontynent, jaki istnieje! Tam mam poczucie, że żyję pełnią życia. Nieskażona natura, dżungle, góry, oceany, słońce, wspaniali ludzie, wielka przygoda, która jest na wyciągnięcie ręki, oraz oczywiście piękne kobiety – czego więcej trzeba do szczęścia?

– Tam czuję się jak u siebie. USA i Europę cenię za uporządkowanie, za dobry standard życia. Kiedy już jestem tym uporządkowaniem zmęczony, to wracam do Ameryki Łacińskiej, gdzie oddycham pełną piersią. W domowym pieleszach mam zawsze poczucie, że życie przecieka mi między palcami.

Organizuje Pan wyprawy do egzotycznych krajów. Jak przygotowuje się taką podróż. Od czego należy zacząć? Czy przeciętna osoba może się z Panem wybrać?

– Chalcon Line to firma, którą założyłem niedawno w USA. Zabieram moich klientów (mniej lub bardziej przeciętnych ludzi) w ekstremalnie interesujące destynacje świata, aby przeżyli prawdziwa przygodę, której nie znajdą w ofercie standardowych biur podroży. Prowadzę wyjazdy do państw, które mnie zafascynowały i które świetnie znam – Peru, Boliwia, Brazylia, Indonezja, Afganistan. To są podróże dla ludzi, którzy chcą przeżyć bardzo nieprzeciętne przygody w dzikich zakątkach globu. Jeśli chodzi o porady dla młodych podróżników, to jest bardzo duży temat Zapraszam na forum portalu Odyssei.com, gdzie czasem się udzielam, pomagając planującym samodzielne podróże.

Dokąd planuje Pan następną podróż?

– Niedługo poprowadzę kilka wypraw z Chalcon Line. Potem jadę do Kolumbii, gdzie planuję wykonać kilka dodatkowych reportaży do mojej książki. Coraz odważniej myślę o Afryce – kontynencie, w którym jeszcze nie działałem, nie licząc wypadu do Egiptu dawno temu. Afryka to poważna sprawa, i nie chce jej zrobić byle jak. Przede mną jeszcze dużo przygotowań.

Pana teksty dotyczą wojny, narkotyków, walki gangów. Skąd zainteresowanie taką tematyką?

– To proste, nie interesują mnie „gadające głowy”, sejmowe kuluary ani artykuły o dziurze w jezdni. Chce być tam, gdzie coś się dzieje, gdzie odbywają się naprawdę dramatyczne wydarzenia. Dlatego szukam moich tematów w ostrych miejscach.

Przedziera się Pan przez niebezpieczne rejony. Czy często zdarzało się Panu znaleźć w krytycznej sytuacji z narażeniem życia?

– Moje życie i praca wiążą się naturalnie z niebezpieczeństwami. Cała sztuka to znać zagrożenia, minimalizować je, kontrolować. Przed trzeba wyjazdem wiedzieć, jakie są główne zagrożenia w danym miejscu. Wtedy niebezpieczne sytuacje zdarzają się tylko na skutek wyjątkowego pecha lub głupoty. Niestety, pech zawsze się może zdarzyć. A i głupstwa nie są mi obce, jak każdemu człowiekowi. Gdy talibowie wyciągnęli mnie z autobusu na pustyni w Afganistanie, grożąc bronią i kazali kierowcy odjechać precz, czułem, że zaraz może nastąpić mój koniec. Ostrzegano mnie przed podróżowaniem tą trasą, a ja zlekceważyłem niebezpieczeństwo i pojechałem. Ten błąd mógł mnie wiele kosztować. Innym razem w Gwatemali siedzieliśmy na piwie w barze, gdy zaczęła się strzelanina. Byliśmy w miasteczku jak z Dzikiego Zachodu – wszyscy chodzili tam z bronią. Nie było może najlepszym pomysłem rozbijać się w takim miejscu po knajpach, ale w końcu – c’est la vie! Wolę taką przygodę niż zwiedzanie muzeów. Najbardziej nieprzyjemnie wspominam moment, gdy… była narzeczona ciachnęła mnie nożem, gdy powiedziałem, że odchodzę. To dowodzi, iż tak naprawdę Latynoski są chyba groźniejsze od najgorszych wojen!

Kim Pan się czuje? Dziennikarzem, literatem, eksploratorem?

– Jestem wolnym poszukiwaczem przygód. Człowiekiem, który jeździ po świecie wykonując bardzo rozmaite działania (pisząc reportaże, organizując wyprawy przygodowe). Robiąc to, zbieram doświadczenia, zdobywam wiedzę. Rozmaite doświadczenia wykuwają osobowość twórcy – tak sądzę. Staram się poznawać świat w jego ekstremach po to, by go lepiej zrozumieć. Uwielbiam też potem pisać, przedstawiać ludziom interesujące opowieści.

Gdzie w Pana tekstach kończy się realizm, a zaczyna fikcja literacka? Jak powstają takie teksty?

– Są dwie zupełnie inne dziedziny w mojej twórczości. Moje reportaże to materiał dziennikarski w stu procentach oparty na prawdzie. Co innego książki i opowiadania, które piszę dla zabawy i przyjemności, a które są oparte na moich przemyśleniach.

Recepta na tworzenie reportażu: Aby powstał dogłębny reportaż uczestniczący, trzeba włożyć w to wiele pracy. Na początku są przygotowania – szczegółowy research tematu, studiowanie newsów, opracowań, książek. Podstawą jest wybranie początkowych punktów zaczepienia. Niektóre z nich okazują się ślepymi uliczkami, inne – jak po nitce do kłębka – prowadza do świetnych źródeł. Celem jest docieranie do ludzi, którzy coś wiedzą, siedzą w danym temacie. Potem są wywiady, rozmowy, rozwijanie kontaktów. W miarę możliwości staram się być świadkiem wydarzeń, bo nic nie daje tak dobrej wiedzy, jak zobaczyć wszystko na własne oczy. Gdy w Boliwii pisałem tekst o wojnie narkotykowej, po prostu dołączyłem do grupy policjantów i pojechałem z nimi do dżungli. To, co zobaczyłem, dało mi więcej niż tona przeczytanych opracowań. W Brazylii chciałem zrobić tekst o favelach. Chciałem zobaczyć autentykę, a nie uczestniczyć w wycieczce dla turystów. Musiałem znaleźć człowieka, który by mnie tam zaprowadził. Spędziłem kilka dni, wykonując dziesiątki telefonów, prowadząc swoiste śledztwo, od człowieka do człowieka, gadając z różnymi podejrzanymi typami w jeszcze bardziej podejrzanych lokalach, aż dotarłem do faceta, który był byłym członkiem kartelu narkotykowego. Dzięki niemu mogłem wejść do najgroźniejszych faveli w Rio, zobaczyć handel narkotykami, przejść bez problemów punkty kontrolne mafii przy wejściach do dzielnic. Najważniejsze w reportażu – jak sądzę – to po prostu jechać na miejsce, dużo działać, być otwartym na ludzi. I mieć fascynacje swoim tematem, bo bez tego do niczego się nie dojdzie. Wielu dziennikarzy tworzy swoje artykuły zza biurka w redakcji. Z góry przyjmują punkt widzenia na dana sprawę. Nie wierzę w takie dziennikarstwo. Teoria nigdy nie zastąpi praktyki, musi iść z nią w parze. Świat jest skomplikowany, pełen sprzeczności – tego nie rozumieją ludzie postrzegający świat przez polityczne różnice, dla których wszystko jest w czerni lub bieli – tu lewica, tam prawica, tu prawo, tam bezprawie… Aby tekst był wiarygodny i prawdziwy, musi być zrobiony na miejscu.

W Ameryce Południowej zrobił serię reportaży o wojnie kokainowej, zagłębiając się w boliwijskie dżunglę, brazylijskie slumsy i kolumbijskie „ziemie bezprawia”. To niebezpieczne zadanie. Czy lubi Pan nadmiar adrenaliny?

– Ja prawdę mówiąc w ogóle nie lubię adrenaliny, poczucia zagrożenia. To nie jest przyjemne uczucie. Nie kręcą mnie zupełnie sporty ekstremalne, wspinaczki, bungee i tym podobne sprawy. Tym, co mnie niesie, jest chęć, aby dotrzeć do prawdziwych wydarzeń. Aby to zrobić, czasem trzeba ryzykować. Mam satysfakcję z dobrze wykonanej roboty, ale nie kreci mnie niebezpieczeństwo dla samego niebezpieczeństwa.

Zaczynał Pan przygodę podróżniczą jako autostopowicz wędrujący po Europie. Czy już wtedy planował Pan bardziej egzotyczne wędrówki?

– Od dziecka zaczytywałem się książkami podróżniczymi, awanturniczymi. Marzyłem o egzotycznych krajach i przygodach, które tam na mnie miały czekać. Gdy miałem 17 lat, zacząłem podróżować autostopem po Europie. Nie stać mnie było na dalekie wojaże, więc robiłem to, co mogłem robić z moimi możliwościami. I nie żałuje, bo przeżyłem wtedy kilka świetnych rzeczy, nauczyłem się wiele o życiu. Dorywczo pracowałem w rożnych krajach Europy, tak zarabiałem moje pierwsze pieniądze na dalsze podróże. To był początek. Gdybym tego kroku nie podjął i siedział w kraju, to pewnie do dziś nic bym nie osiągnął. Bo przecież „nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku”.

„Na wojnie wychodzi z ludzi to, co w nich najgorsze. I to, co najlepsze” – to Pana słowa. Proszę to rozwinąć.

– To jest skrót myślowy, który nie chciałbym, aby został opacznie zrozumiany. Wojna, konflikty zbrojne, jakie towarzysza ludzkości od zawsze. Każda wojna jest olbrzymia tragedia, niesie śmierć i zniszczenie, ale jednocześnie tam widać prawdziwe oblicze człowieka – nie tylko w okrucieństwie, ale też w poświeceniu. Na wojnie czy w innych ekstremalnych sytuacjach nie ma masek, nie ma gry. Człowiek jest po prostu sobą. Z jednych wychodzi draństwo, z innych słabość, z jeszcze innych bohaterstwo.

Dlaczego akurat zawód reporter?

– Jako nastolatek chciałem zostać najemnikiem, ale mi kariera nie wyszła – na cale szczęście (śmiech). A że zawsze lubiłem pisać, wybrałem się na studia dziennikarskie. Ta decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę, to było jak wejście na właściwy tor. Z tego rozpoczęło się wszystko inne – podróże, wojny, przygody, potem organizowanie wypraw. Jestem niezależnym reporterem, co wiąże się z tym, że nie utrzymuję się z samego pisania. Ale za to sam wybieram sobie tematy i kierunki.

Z kogo pan czerpie, Kapuścińskiego, Cejrowskiego, Pałkiewicza?

– Nie czerpię z nikogo. Odtwórstwo mnie nie interesuje, bo nie wnosi niczego nowego. Staram się stworzyć własny styl, często oddając glos w opowiadanej historii moim bohaterom. Niektórym moje reportaże mogą wydawać się kontrowersyjne – wypowiadają się ludzie mafii, zabójcy, najemnicy. A ja ich nie krytykuję, nie oceniam. To dlatego, że jestem świadkiem – nie sędzią. Chcę poznać ten świat, chcę poznać ludzi w nich żyjących – przedstawiając ich sposób myślenia. Kapuściński był mistrzem reportażu, wszyscy to wiedzą. Jako reporter newsowy w PAP nie był doceniany, jego potęgą stały się dopiero książki. Te reportaże mają wartość wieczną, będą aktualne zawsze, bo przedstawiają prawdę o człowieku. To powinno być motto każdego reportera.

Ma pan jakąś misję do spełnienia, czy to jedynie sposób na życie?

– Żyję w zgodzie ze swoimi pasjami i fascynacjami. Robię swoje, nie oglądając się na innych i staram się prostu wykonywać dobrą robotę, za cokolwiek bym się nie wziął. Człowiek ma tylko jedno życie, i od niego samego zależy, jak je wykorzysta. Wielu nie idzie za swoimi marzeniami, konformistycznie poddając się losowi. Wielu też narzeka – też chciałbym zobaczyć świat, ale nie mam pieniędzy, mówią. Łatwo znajdować usprawiedliwienia, a ciężko naprawdę coś zrobić. Jest bardzo niewiele osób, które znajdują w sobie siłę, aby robić to, co lubią. Wszystko, co osiągnąłem, zawdzięczam podążaniem za marzeniami, chciałem je spełniać. Dzięki temu odnalazłem swoją drogę.

Rozmawiali: Michał Mazik, Marcin Pastwa

Źródło: magazyn studencki „Radar”.

Tags:

 

About the author

More posts by

 

0 Comments

You can be the first one to leave a comment.

Leave a Comment